aaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaa.jpg

Często podświadomie czuję, że rodzice dzieci z autyzmem mają wiele podobnych cech. Cech autystycznych.

U siebie zauważyłam niechęć do niektórych rzeczy np.: butów na wysokim obcasie, swetrów, sztywnych eleganckich trendów typu garsonka czy nawet zwykła prosta marynarka. Nie dla mnie kapelusze ani małe torebki. Makijaż też często jest tylko koniecznością, nigdy przyjemnością. A jeśli chodzi o biżuterię, pierwszą czynnością po powrocie do domu jest jak najszybsze jej ściąganie. Chociaż to tylko łańcuszek z zawieszką, zegarek, obrączka i pierścionek. Kolczyków nie noszę już od dawna. Moje uszy ich nie przyjmowały od samego początku. Dlaczego o tym akurat piszę, ponieważ moje „problemy z noszeniem” są niczym w porównaniu do Gunilli Gerland –  szwedzkiej pisarki dotkniętej autyzmem, która w książce pt. „Prawdziwy człowiek” opisuje swoje trudności. Zakładając, że jedynym wiarygodnym źródłem wiedzy o autyzmie są autobiografie, blogi i wszystko co napisały osoby z ASD, pozwalam sobie kolejny raz zacytować (tak jak wielu innych) Gunille Gerland:

„Odczuwałam – i to zawsze, odkąd sięgnę pamięcią –  silny lęk przed biżuterią. Lęk ten obejmował również spinki do włosów i metalowe guziki. Przerażały mnie. Były wstrętne, wręcz obrzydliwe. Ich świszczący , ostry, metaliczny dźwięk świdrował mi w uszach i przewracało mi się w żołądku, gdy byłam zmuszona wziąć do ręki jakąś ozdobę. Ten dźwięk wpełzał przez moją kość ogonową i przemieszczał się jak elektryzujący zgrzyt po kręgosłupie, nim zaczynał dźwięczeć mi w uszach. Stamtąd wpadał do gardła i kładł mi się uczuciem mdłości w żołądku. Te fizyczne doznania wywołane przez biżuterię przerażały mnie i przeniosłam ten lęk na same ozdoby, tak że teraz one same go wywoływały.

Pewne ozdoby były gorsze od innych. Im mniejsze i bardziej skomplikowane, tym trudniej je było znieść. Tak jakby ich zawijasy się ruszały i sprawiały, że sama ozdoba lub guzik stawały się jeszcze groźniejsze. Poza tym ozdoby z oprawionymi kamieniami były gorsze od gładkich, prostych ozdób, a pierścionki były gorsze od bransoletek. Ozdobne guziki wełnianych swetrów norweskich były przeokropne. Nie mogłam nosić tych swetrów były nie do wytrzymania. Brązowe, metalowe spinki z małymi, ohydnymi, plastikowymi gulkami na końcach też były straszne. Wydawały dźwięk, gdy się je brało do ręki. Metaliczny dźwięk, który kłócił się z gładkością i przezroczystością plastiku. Było to wstrętne, budziło lęk i sprawiało mi wewnętrzny ból. No i pierścionki z okropnymi, błyszczącymi kamieniami w powywijanych oprawkach – to też wywoływało zgrzyt. Śliski, lśniący dźwięk był niewypowiedzianie wstrętny, a zawiłość i ostrość też sprawiały mi ból. To powywijanie nie stało w miejscu i człowiek tak naprawdę nigdy nie wiedział, gdzie ono się znajduje. Tak jakby w nim pełzało. Słychać to było nawet w samym słowie. Powywijany, powywijany, powywijany. Ruszało się. I było obleśne […]

Nie mogłam uniknąć dostawania ozdób w prezencie. Pierścionki i bransoletki są tym, czego prawdopodobnie chce mała dziewczynka. Ciarki mnie przechodziły, gdy przyjmowałam te prezenty. Czasami udawało mi się uniknąć dotknięcia samego przedmiotu w ten sposób, że otwierałam pudełeczko. mówiłam „bardzo dziękuję” i śpieszyłam do swojego pokoju, udając, że chcę tam przymierzyć ozdobę. A później wracałam i mówiłam, że pasuje. Zdarzało się jednak, że ktoś koniecznie chciał zobaczyć podarowany pierścionek. Często starałam się protestować, ale nie było to łatwe. Zdecydowanie nie chciałam zakładać żadnych pierścionków, a z resztą co to miało za znaczenie, czy są na mnie dobre czy nie – i tak nie zamierzałam ich nosić. Ale tego nie wolno było mówić. Zakładano mi więc na siłę pierścionek, a serce waliło mi mocno. Stałam całkowicie nieruchomo i starałam się wytrzymać mdłości i uścisk metalowych palców na kręgosłupie. Dorośli byli zadowoleni: wszystko szło dobrze. Jeszcze tylko musiałam podziękować za ten prześliczny podarek i wówczas uznawali, że wszystko jest doskonałe. Idealne. I byli bardzo usatysfakcjonowani swoją własną dobrocią.

„Skrytna skszynia” powstała dlatego, że w końcu znalazłam pudełko odpowiednie do mojego celu. Plastikowe pudełko. które się zatrzaskiwało, gdy dociskałam wieczko. Można było spokojnie odkładać tam ozdoby, bez obawy, że wypełzną na zewnątrz i pojawią się nagle i nieoczekiwanie w jakimś innym miejscu. Leżały zakonserwowane w pudełku, które musiałam otwierać tylko podczas Gwiazdki i urodzin, żeby do niego wpuścić jakiś nowy, straszny prezent” – Gunilla Gerland

źródło: Gunilla Gerland: „Prawdziwy człowiek Osobista opowieść o dorastaniu i edukacji w autyzmie”, Wolters Kluwer, Warszawa 2015

Reklamy