Reklamy

Test draws – autyzm

Naukowcy skupili się na rysowaniu, ponieważ może ono uchwycić ukryty charakter zmieniania się – zmiany, bez polegania na rozmowie, co jest zaletą podczas testowania dzieci ze słabymi zdolnościami werbalnymi. Może również umożliwić dokładniejsze odczyty u dobrze funkcjonujących dzieci z autyzmem, które nie mogą używać słownictwa, aby ukryć swoje deficyty społeczne, jak to zwykle robią, gdy zadanie jest werbalne […]” ~ (Test draws)

"W celu oceny terapeuta/nauczyciel i dziecko po kolei dodają elementy, takie jak dom czy drzewo do wspólnego rysunku. Dziecko zdobywa punkty za wkład w ten sam obrazek, co terapeuta - na przykład dorysowanie liści na drzewie - za płynną reakcję, gdy terapeuta zmienia jakąś część rysunku i za przekazywanie kartki z rysunkiem z powrotem do rysującego ("przez stół na końcu skręcać"). Wszystkie trzy zachowania pokazują świadomość nieokreślonych reguł społecznych dotyczących zmieniania się/ zmiany i chęć współpracy w celu stworzenia znaczącego/logicznego obrazu"~ spectrumnews.org

Dążąc do właściwego wyjaśnienia „obrazu” rzeczy, należy skupić się na zmianie. Zmianie funkcjonowania dziecka z autyzmem – zmianie, która czasami bywa nieuchwytna, a czasami wybucha jak wulkan. Niestety zmiana może zaistnieć tylko wtedy gdy pojawi się komunikacja. A żeby pojawiła się komunikacja potrzebna jest uwaga – a raczej współdzielenie uwagi. Do tego nie wystarczy wiedza – choć jest ważna. Do połączenia potrzebna jest ta nieuchwytna wrażliwość, którą ciężko opisać, ale to właśnie ona materializuje się w działaniu. Tu bez wnikliwej obserwacji nic nie może się zacząć. Do kompletu brakuje neurologa, psychiatry, fascynacji ludzkim umysłem oraz niebywałej pasji, chęci działania i serca. Dlatego należy zacząć od Oliver’a Sacks’a.

W 1966 r. po przenosinach z San Francisco do Nowego Jorku. Oliver Sacks podjął pracę w szpitalu Beth Abraham na Bronksie, gdzie zsyłano przewlekle chorych, m.in. ocalałych z epidemii śpiączkowego zapalenia mózgu w latach 20. XX w. Ci, którzy przeżyli, zapadali w katatonię – dziwny stan między jawą a snem. Nie było dla nich terapii ani nadziei. Sacks zaryzykował terapię eksperymentalną – zaczął podawać im L-dopę, nowy lek stosowany w chorobie Parkinsona. Stał się cud. Uśpieni od pół wieku ludzie ocknęli się i wrócili do pełnej aktywności. Niestety, efekty działania leku były nieprzewidywalne: pojawiały się komplikacje, a pacjenci ponownie zasypiali. Tę niezwykłą historię Sacks opisał w książce „Przebudzenia”. Na jej kanwie powstała sztuka Harolda Pintera oraz głośny film z Robertem De Niro i Robinem Williamsem. Wtedy świat dowiedział się o doktorze Sacksie. ~ Focus.pl

Przebudzenia Film (Jeśli ktoś ma zaległości, koniecznie – śledząc historię Sackasa dowiemy się więcej o leczeniu zaburzeń… czytając jego książki, dowiemy się więcej o spektrum autyzmu i nie tylko)… Ponieważ, „były to czasy neurologii o szerokich horyzontach, która nie wahała się łączyć tego, co organiczne, z tym co psychiczne ~ O. Sacks

Oliver Sacks: (praca z pacjentem, niemówiący Joase – autyzm)

Jose

[…] Dostępne informacje pomagały mi i zdumiewały mnie – ta masa „danych” zebrana od chwili wystąpienia jego dziwnej choroby, „stanu”, w jakim się znajdował. Dostałem do dyspozycji grubą historię choroby, zawierającą opis, w jaki sposób się to wszystko zaczęło: bardzo wysoka gorączka w wieku lat ośmiu, połączona z nieustannymi, a później powtarzającymi się atakami padaczki i błyskawiczne pojawienie się objawów uszkodzenia mózgu albo autyzmu. (Od początku istniały wątpliwości, co właściwie się stało).

Płyn mózgowo rdzeniowy był zmieniony w czasie ostrego stadium choroby. Stwierdzono, że Jose zapadł prawdopodobnie na jakiś rodzaj zapalenia mózgu. Miał najrozmaitsze ataki padaczki – petit mal, grand mal, „akinetyczne” i „psychomotoryczne”. Te ostatnie były niezwykle złożone.

Ataki psychomotoryczne mogą byś związane z nagłymi wybuchami złości i pojawianiem się szczególnych rodzajów zachowań, nawet między atakami (tak zwana osobowość psychomotoryczna). Niezmiennie wiążą się z zaburzeniami czy uszkodzeniami płatów skroniowych. Jose miał właśnie takie uszkodzenia, lewo- i prawostronne, co pokazywały niezliczone wyniki badań EEG.

Z płatami skroniowymi kojarzone są też zdolności słuchowe, a w szczególności percepcja i wytwarzanie mowy. Doktor Rapin nie tylko uważała Josego za dziecko autystyczne, ale zastanawiała się także, czy zaburzenia płatów skroniowych nie spowodowały „werbalnej agnozji słuchowej” – niemożności rozpoznawania dźwięków mowy, która kolidowała ze zdolnością używania czy rozumienia słowa mówionego.

Zaskakujące było to (jakkolwiek by się to interpretowało – a zaproponowano i psychiatryczną, i neurologiczną interpretację), że u Josego nastąpiła utrata czy regresja mowy i choć był przedtem „normalny” (tak w każdym razem twierdzili rodzice), kiedy zachorował, przestał mówić.

Najwyraźniej jedna umiejętność została „zachowana” – być może w kompensacyjny sposób wzmocniona: niezwykłe pragnienie i zdolność rysowania. Istniały od wczesnego dzieciństwa, do pewnego stopnia wydawały się cechą odziedziczoną czy rodzinną – ojciec zawsze lubił szkicować, a (o wiele starszy brat) był znanym malarzem.

Od chwili, w której Jose zachorował, kiedy zaczęły go trapić niepoddające się leczeniu ataki padaczki (20 – 30 wielkich ataków dziennie oraz niezliczone”małe” ataki, upadki na podłogę, „stany zmienionej świadomości”), utracił zdolność mowy, a także ogólnie „cofnął się” intelektualnie i emocjonalnie, znalazł się w dziwacznym i tragicznym stanie. Przestał chodzić do szkoły, choć przez jakiś czas przychodził do niego prywatny nauczyciel. Odesłano go do domu jako epileptyka „na pełnym etacie”, dziecko autystyczne, opóźnione w rozwoju, być może z afazją. Uważano, że nie da się go wyleczyć ani niczego nauczyć. jego przypadek uznano za beznadziejny. W wieku dziewięciu lat „odpadł” ze szkoły, ze społeczeństwa, prawie ze wszystkiego, co dla normalnego dziecka jest „rzeczywistością”. Przez 15 lat nie wychodził z domu, rzekomo z powodu swoich „nieuleczalnych ataków”. […] Nie mamy prawie żadnych informacji o latach pobytu w szpitalach… Jose jakby zniknął ze świata.

[…] Za trzecim razem nie posłałem po niego, ale sam, bez zawiadamiania go, poszedłem na oddział przyjęć siedział w przygnębiającym pokoju dziennym, kołysząc się, z zamkniętymi oczami, nieobecny, obraz regresji. Ogarnęło mnie przerażenie, ponieważ wyobrażałem sobie, żywiłem nadzieję, że on „stale się poprawia”. Musiałem zobaczyć Josego w takim stanie (tak jak później widywałem go jeszcze wielokrotnie), żeby zrozumieć, iż nie czeka go szybkie i proste „przebudzenie”, ale droga pełna poczucia zagrożenia, podwójnego ryzyka, równie przerażająca co nęcąca – ponieważ zdążył pokochać swoje więzienie.

Terapia rudzikiem

Skomentuj

Proszę zalogować się jedną z tych metod aby dodawać swoje komentarze:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s