Mowa służy do komunikacji, pomaga w wyrażaniu siebie i swoich pragnień ,opisuje zdarzenia i pozwala je sortować na dobre, złe, ciekawe, nudne, straszne… Jeśli ktoś się pomyli w tym sortowaniu – drugi zaraz wyjaśni mu w czym tkwi błąd rozjaśniając wszystkie niuanse…

A co jeśli mowy nie ma lub jest źle wykształcona, wadliwa na tyle, że nie można się nią posługiwać. Jak wtedy można wyrazić siebie? Swoją złość albo zachwyt. A co jeśli nie możemy powiedzieć, że ktoś nas skrzywdził. Załóżmy, że jesteś głuchoniemym dzieckiem i nie możesz się poskarżyć bliskim na skandaliczne traktowanie np. w w szkole?

Nie jestem ekspertem ale ja na miejscu takiego dziecka robiłabym coś co przykułoby uwagę dorosłych, a najlepiej to co by ich przeraziło np. walenie głową o ścianę, wrzeszczałabym codziennie przed wejściem do takiej szkoły, zaczęłabym bić swoje koleżanki, kolegów, nie reagowałabym na polecenia opiekunów, denerwowałabym bliskich robiąc im na złość… Wszystko byłoby prostsze gdybym mogła się poskarżyć…

Mowa zmienia mózg

Mowa to najlepsza terapia. Zarówno język migowy jak i zwyczajna artykulacja poprawia funkcjonowanie mózgu i wprawia w ruch motor rozwojowy jako podwaliny dla budowania kolejnych sprawności dziecka. Kolejny level ułatwiający nie tylko kontakt z innymi ale i higienę psychiczną. Umysł wolny od blokad mniej podatny jest na depresję i lęki. Przerzucanie dziecka na mówiki i tablety nie przyspieszy tego procesu…

Dlatego „po pierwsze mowa” a dopiero później cała reszta. Język to jeden z najsilniejszych mięśni, więc ćwiczenia powinny pokrywać się z regularnością ćwiczeń młodego kulturysty. Codziennie kilka godzin na siłce.

Dzieci głuchonieme uczą się nie tylko języka migowego także artykulacji słów. Po to żeby w przyszłości  mogły komunikować się również z osobami słyszącymi. Te szkoły spełniają swoją funkcję. Dzieci, które z nich wychodzą – mówią. Dlaczego więc terapeuci dzieci z ASD mają tyle problemów a niewielu z nich ma na koncie „mówiące” dziecko przygotowane do życia albo chociaż do edukacji w normalnej szkole. Dlaczego te terapie dzielą się na tyle wątków, zabierają tyle czasu, a dziecko po roku dalej nie mówi? A terapeuta jakby nie widział słonia wymyśla wszystko oprócz najważniejszego…

Często na wywiadówkach siadam przy głuchoniemej mamie. Jak łatwo się domyślić to  miejsce często świeci pustką.Dużo rozmawiamy. Kobieta ma aparat ślimakowy, który nie zawsze wyłapuje wszystkie dźwięki, pomaga sobie czytaniem z ruchu warg. Ze „swoimi” posługuje się językiem migowym, ze mną rozmawia za pomocą artykułowania słów. Radzi sobie nieźle jest silną kobietą, ma temperament i poczucie humoru. Gdyby potrafiła t y l k o migać nie byłoby szans na jakąkolwiek rozmowę.

Dowiedziałam się od niej, że nauka mowy dziecka ze zdiagnozowaną głuchotą jest drogą przez ciernie. Po przedszkolu rodzice podjęli decyzję aby kontynuowała naukę w specjalnej podstawówce dla dzieci takich jak ona. Mała Agnieszka „zabrana” od rodziców  mieszkała w internacie w obcym mieście. Potrafiła już trochę migać co ułatwiło kontakt z innymi dziećmi. Jednak nauczyciele w takich szkołach stawiają wyżej poprzeczkę i chcą nauczyć  dzieci komunikacji ze światem zewnętrznym. Stawiają na mowę  – nie tylko na język migowy. Zatem przez parę lat uczono ją komunikować się ze światem dwiema metodami. Artykulacja sprawiała największe problemy. Pragnę zwrócić uwagę że ta nauka trwała nie 2,3 godziny w tygodniu jak przewidują logopedzi, tylko codziennie przez 8. godzin. Oraz w internacie w czasie wolnym.

– Czasem dostawało się po łapach za miganie, ponieważ nauczycielki konsekwentnie wymagały mówienia słowami, nawet na korytarzach. Było bardzo ciężko, tęskniła za domem, myślała, że rodzice oddali ją na zawsze. Jednak to rozstanie zaowocowało tym, że dzisiaj ma męża, dzieciaki, dom – w miarę normalne życie. Gdyby jej terapia mowy i słuchu trwała tylko 3 godz w tygodniu nie wykształciłaby mowy, ponieważ to długi i żmudny proces. Zostałaby kolejnym dzieckiem zamkniętym tylko w jednym świecie…

Zapytałam ją kiedyś czy było warto. Odpowiedziała, że tak.

Po co o tym piszę? Ponieważ mowa jest najważniejsza. Dla dzieci z autyzmem i dla tych u których autyzmu nie zdiagnozowano.W większości przypadków da się to zrobić jeśli wybierzemy najlepszego fachowca i uwierzcie mi nie będzie to pani logopedka z waszej poradni nawet jeśli jest to poradnia podlegająca pod super fundację. Logopeda to za mało dla słabo mówiącego dziecka z ASD. Istotny jest sposób w jaki ćwiczymy. Proszę zaczynać od neurologopedy klinicznego, z doświadczeniem. I nastawcie się na katorżniczą pracę. Terapia mowy trwa cały dzień a nie 3 godziny w tygodniu. Należy łączyć ją z nauką zwłaszcza przy odrabianiu lekcji.

Pakiet dla dziecka z autyzmem to nie terapia SI, logopedka, psycholog, pedagog czy terapeuta super x-terapii. Żaden z nich nie ma odpowiedniego przygotowania do „leczenia ” autyzmu. Ukończone przez nich kursy, szkoły, uczelnie nie gwarantują, ani dostatecznej wiedzy, ani praktyki. Tu potrzebna jest kompleksowa wiedza i kompleksowa praca.

Dla poprawy funkcjonowania dziecka z ASD czy innymi zaburzeniami potrzebny jest specjalista od rozwoju dziecka. Jest ich niewielu w Polsce. Jeśli traficie na neuropsychiatrę, który jest jednocześnie pediatrą – trafiliście w dziesiątkę. Do niego dodajcie neurologopedę klinicznego z doświadczeniem i macie pakiet doskonały dla dziecka z autyzmem. Te dzieci potrzebują profesjonalnej opieki a nie kursantów, ani studentów kierunków podyplomowych bez praktyki klinicznej, bez pojęcia o funkcjonowaniu  mózgu, bez praktyki szpitalnej…

Reklamy