Matematyka to przedmiot, w którym dominują reguły i wzory. Ich nauka wymaga linearnego i sekwencyjnego przetwarzania informacji, kiedy dla dyslektyków te reguły są przekleństwem dla autyków, jak twierdzą mądre książki stanowią miłą rozrywkę

Niestety, rzeczywistość jest bardziej skomplikowana. Dyslektycy gdy już zapanują nad niedociągnięciami mogą być  świetni w przetwarzaniu i wiązaniu informacji. Potrafiąc spojrzeć na każde zagadnienie kompleksowo, intuicyjnie wyławiając potrzebne im fakty z zamętu informacyjnego i niekoniecznie potrzebują do tego liczb.

Natomiast autycy owiani legendą super matematycznych mocy, często wysiadają przy tabliczce mnożenia, jak większość typowych dzieci.

Piotrkowi z ASD, nie ułatwiło w nauce matematyki, ani strategiczne myślenie rozwijane na zajęciach szachowych, ani logiczne dzięki, którym „rozwala” wszystkie gry  komputerowe od łamigłówek począwszy po skomplikowane strategiczno-logiczno-zręcznościowe przygodówki jak Wiedźmin, które po jednym weekendzie lądują na cmentarzysku gier obok innych sobie podobnych na jego koncie w Steamie jako zaliczone, skończone. Nie uczyniło z niego „umysłu ścisłego” jak to prognozowali psycholodzy. Jego profil, czy raczej styl przyswajania wiedzy jest dalej nieokreślony. Ponieważ nie istnieje doskonałe narzędzie do ustalenia jak jego mózg przyswoi sobie trudne działania arytmetyczne, ani jakim narzędziem czy metodą się posłużyć by to zmierzyć. Oraz wreszcie jak wbić mu wiedzę do głowy.

Jest jedna metoda, którą wszyscy znają i stosują – niezawodna metoda „prób i błędów, która na nieskończonej ilości prób i błędów się właśnie opiera. Którą to posługiwali się niemal wszyscy zarejestrowani geniusze, jak i uczniowie, którzy z geniuszem nigdy się nie zetkną a w miarę radzą sobie z nauką. Reszta metod jest tylko wytworem –  spragnionych ułatwień pedagogów i terapeutów prześcigających się w nazwach cudownych metod poznanych na ostatnim kursie „propagowania wiedzy na temat autyzmu”, które to z kolei działają jak lep na muchy na wystraszonych rodziców, którzy to niestety, nadal naiwnie myślą, że jakaś pan/pani terapeutka, pedagog czy psycholog rozwiąże za nich problemy  dziecka w szkole i poza nią. Zwykle w IV klasie szkoły podstawowej nadchodzi oświecenie…

Style nauczania

Większość poradników powołuje się na style uczenia, które dopasowane do indywidualnych predyspozycji dziecka mają dawać oczekiwane efekty. Kiedy wrzucimy w wyszukiwarkę hasło „style uczenia” odnajdziemy ryzę stron diagnozujących preferowany styl twojego dziecka a także mnogość narzędzi do wykorzystania w tej materii. Świetnie, mamy receptę na matematykę. Tylko czy to pomoże dziecku zapamiętać wreszcie ile jest 8×7?

Na punkcie stylów nauczania zwariowało wielu nauczycieli w USA. Temat pojawia się również w polskich publikacjach  szkolno-pedagogicznych i traktowany bardzo poważnie.

Niestety, w psychologii zwłaszcza tej rozpowszechnianej przez media roi się od nonsensów. Modna teoria oparta na ułatwieniu nauki poprzez ustalanie stylów uczenia się dzieci, wwierca się w spragnione nowinek umysły pedagogów. Kiedy w 1999 w USA entuzjastycznie organizowano warsztaty instruujące nauczycieli i dyrektorów szkół oraz gdy machina marketingowa ruszyła pełną parą przyciągając setki zainteresowanych – „Zespół Colffielda” zaczyna badać wiarygodność tych metod…

Marketing  kolejny mit psychologiczny zamienia w prawdę. Style Uczenia się „sprzedają” się dobrze. W niektórych szkołach na prośbę samych nauczycieli – uczniowie nosili T-shirty z literami W, S, lub K, symbolizującymi preferowany styl uczenia się wyróżniany przez jedyną z najczęściej przywoływanych koncepcji: wzrokowy, słuchowy i kinestetyczny lub jak w przypadku Petera Honeya i Alana Muforda (2000) uczniowie zaliczani są do czterech kategorii: „aktywistów”, którzy angażują się w nowe doświadczenia, „obserwatorów”, którzy siedzą i przypatrują się, „teoretyków”, którzy biorą wszystko na logikę, oraz „pragmatyków”, którzy testują swoje idee w praktyce.”Warto dodać, że zwolennicy koncepcji LS zaadaptowali na swoje potrzeby modele i narzędzia pomiarowe stworzone do bardzo różnych celów. A tak nie powinno być. Np. znaną hipotezę wielu inteligencji, zaproponowaną przez Howarda Gardnera (1983), często interpretuje się jako klasyfikację LS i wykorzystywany w celu klasyfikacji podopiecznych Wskaźnik Stylów Psychologicznych Meyreysa-Briggsa, oraz dwa zupełnie różne, tyle, że identycznie się nazywające – Inwentarze Stylów Uczenia się” [(Dunn, Dunnn, Price…) Lilienfeld, Lynn, Ruscio, Beyerstein]

Kiedy, narzędzia, metody, techniki stylów nauczania wiodły prym i wyznaczały nowe kierunki działań w edukacji a ilość artykułów skatalogowanych w bazie ERIC wzrosła do 3604 pozycji, okazało się, że niespełna 1/4 to artykułów przeszło przez fachową procedurę recenzyjną… Reszta to po prostu śmieci.

Wtedy do boju rusza wspomniany Zespół Coffielda (Coffield et al., 2004) bierze pod lupę niemal całą literaturę poświęconą stylom uczenia: książki, artykuły, strony internetowe, referaty konferencyjne – dopatrując się  w tej bazie niewielkiej ilości tekstów opublikowanych w recenzowanych czasopismach, a jeszcze mniej opisuje wyniki rzetelnych badań (Lilienfield, Lynn, Ruscio, Beyerstein).

„Innymi słowy, duża część literatury przedmiotu to publikacje po prostu nienaukowe, bo niezależni eksperci nie mieli możliwości ich oceny”I znowu teoria stylów uczenia się zamiast stać się skutecznym narzędziem ułatwiającym pracę na lekcjach okazała się kolejną miejską legendą z zakresu psychologii edukacyjnej. Odbiegając od tematu, dla refleksji, zupełnie podobnie jeśli nie tak samo ma się sprawa z terapiami kierowanymi do dzieci z ASD – niewiele z nich opiera się na przesłankach naukowych a praktycznie tylko jedna porównana była z innymi pod względem skuteczności i opublikowano jej wyniki – reszta jest paliwem napędzającym polską wersję maszynki marketingowej pt. autyzm, która wyrasta na bezkresnych wodach niewiedzy i  przerostu ambicji wielu terapeutów ukrytych pod płaszczem udawanej kompetencji i praktyki…

Matematyka

Wracając do matematyki – nie odkryję Ameryki gdy powiem, że jedynym kluczem do jej nauczenia jest systematyczność. Dzięki systematyczności wyłapiemy wszystkie braki. Braki wypełniamy. Metody i techniki wyklują się same i  będą modyfikowane w trakcie powtórek. Z wiekiem dziecko samo „nauczy się uczyć”. Ale do tego momentu musimy mu pomagać, i nie przejmować się komentarzami typu, że już powinno być samodzielne i robić to czy tamto samo, bez pomocy, bo jest już za duże i , że pewnie na da rady jak to w takim tempie, a w średniej to na pewno polegnie… itd. W autyzmie wszystko wygląda inaczej. I nikt nie jest w stanie określić jak będą się miały sprawy w przyszłości. Na takie gadanie sami musicie sobie wypracować metodę…

Podstawą nauczania matematyki starą jak świat jest teza, że liczby należy zawsze kojarzyć z konkretnymi przykładami, to wie każdy nauczyciel w klasach I-III i zgodnie z tą regułą  skonstruowane są podręczniki i ćwiczenia matematyki dla maluchów. Ried i Grenn radzą by podczas dodawania i odejmowania posługiwać się prawdziwymi, wyciętymi z papieru lub plastikowymi pieniędzmi. Dyslektykom dobrze jest kazać kreślić w powietrzu kształty cyfr – również dzieciom z autyzmem ta metoda może pomóc. Z młodszym synem ćwiczyłam od razu na prawdziwych pieniądzach, te sztuczne jakoś nie działały – prawdziwe fascynowały bardziej swoją siłą nabywczą, kiedy później wysyłałam go do sklepu, przynosił resztę i tłumaczył z rachunkiem w ręku ceny – metoda zasługuje na Nobla. Ale on ma tylko nieznaczne problemy z uwagą.Wiedza wchodzi mu szybko i do tego wszystkimi „kanałami”. Pomogło również codzienne wałkowanie tabliczki mnożenia z rozpisywaniem jeśli działanie sprawiało zbyt wiele trudności. Na następny dzień od niego rozpoczynaliśmy wałkowanie. Gdy nie wałkujemy i odpuszczamy dostaje jedynki. Tak to działa.

Z Piotrkiem sprawę rozwiązywaliśmy podobnie, tyle, że wszystko było trudniejsze, bardziej męczące i trwało o wiele dłużej jak to w autyzmie…

Piotrek miał w domu oddzielny zeszyt, a że ciągle ćwiczył małą motorykę więc przykłady nawet najprostsze wpisywał właśnie do zeszytu. I dopiero po takiej rozgrzewce braliśmy się za właściwe zadanie domowe. Trwało to dłużej, za długo jak na wszelkie standardy, ale w końcu zaskakiwał. Przerwy były niebezpieczne, ponieważ rozpraszały uwagę na długo, jednak trzeba było je robić… Dla przyspieszenia tego procesu dostaliśmy od neuropsychiatry Gliatilin, pobudził mózg i redukował m. in. rozpraszające bodźce. Na tej „protezie”przebrnęliśmy przez pierwszy etap nauczania ( klasy I-III), bez odroczeń i przeniesień do innych szkół jak to nam Rada Mądrych często sugerowała. W IV i V klasie większość spraw wskoczyło na właściwe tory ale zamiast geniusza matematycznego czy arcymistrza szachowego powstał umiarkowanie dobry humanista chociaż to też określenie na wyrost. Ślęczenie nad lekcjami jeszcze się nie skończyło, ale już nie jest takie dramatyczne jak wcześniej i nie zamienia naszego mieszkania w manufakturę tętniącą pracą, w której każdy z domowników przygotowuje swój fragment zadania, by później wspólnie z Piotrkiem złożyć wszystkie fragmenty w jeden finalny produkt pt. „Dobrze Wykonane Zadanie domowe”. Jest trochę łatwiej. Ale szału nie ma.

W szkole

Reid i Green twierdzą, że uczniom należy umożliwić „stosowanie własnych strategii uczenia się, gdyż tylko w ten sposób wykorzystają swoje mocne strony. Jeśli pozwolimy uczniom na stosowanie swoich metod, rozwiną je  i z czasem będą ich używać coraz efektywniej. Bardzo ważne jest aby uczniowie pracowali ze zrozumieniem i potrafili prześledzić tok swojego myślenia podczas wykonywania zadań arytmetycznych. Zadaj im serię ćwiczeń obejmujących różne działania matematyczne dodawanie, odejmowanie, mnożenie i dzielenie – a następnie poproś o ich zapisanie, w jaki sposób je rozwiązali. Jeśli jest to dla uczniów zbyt skomplikowane, mogą o nich opowiedzieć” (Ried, Green, 2015).

Polecaj też pracę nad zadaniami, o których wiadomo, że sprawiają trudności uczniom z autyzmem (czy innym zaburzeniem typu dysleksja zależy z kim pracujecie). Należy do nich m. in. działanie 8+7. Autyk może podać wynik z pamięci buntując się przed rozpisywaniem, dyslektyk będzie ostrożniejszy policzy raczej 8+8-1. Innym przykładem jest działanie 4×7, które można rozpisać następująco 2x7x2. Uczniowie powinni zanotować w sposób w jaki obliczyli wynik, nawet jeśli jest on nieprawidłowy. Stopniowo wprowadzaj też mnożenie i dzielenie z użyciem liczb dwucyfrowych. Dopilnuj, aby przy tych bardziej złożonych działaniach zapisywane były kolejne kroki rozwiązywania zadania. Uczniowie mogą być ich świadomi i mogą się tego nauczyć przy pomocy tak prostych obliczeń, jak te podane powyżej (Ried, Green, 2015).

źródło:

  • Scottt O. Lilienfeld, Steven Jay Lynn, John Ruscio, Barry L. Beryerstein: „50 wielkich mitów psychologii popularnej…”, Wydawnictwo CiS, Warszawa – Stare Groszki 2011
  • Gavin Ried, Shannon Green: „100 i więcej pomysłów, jak pomóc dziecku z dysleksją”, Harmonia Universalis, Gdańsk 2015

 

 

Reklamy