20150516_120400
Stasiek. Foto Piotrka.

Kiedy mój Piotrek „wyćwiczył” mowę na tyle by móc bez problemów porozumiewać się z kolegami w klasie dalej tego nie robił. Widziałam, że trudno mu było zacząć rozmowę a gdy już zaczął ta „rozmowa” była bardzo nieudolna, sztuczna i jego kompan szybko zmykał do bardziej rozbrykanego i wygadanego chłopca. Powolne specyficzne wypowiadanie zdań przez mojego syna raczej zrażało kolegów niż przyciągało. Wiedziałam też, że bardzo mu na tych kontaktach zależy. Czułam, że trzeba coś szybko zrobić Z obserwacji w szkole wiedziałam, że w grupie dzieciaków dalej się nie przebije, należałoby raczej ściągnąć ich do domu na swojski grunt by nie mogli tak łatwo się wycofać a najlepiej zacząć  od „jednego osobnika” (by nie przesadzić z ilością bodźców) i w miarę rozwoju „użycia” mowy przez Piotrka, podwajać ich ilość. Tak też zrobiłam.

Zapraszałam chłopców z klasy najpierw pojedynczo, kusząc ich dobrym obiadkiem i wykwintnym deserkiem oraz uroczą atmosferką w naszym domu. Później zwiększałam ich liczbę. Było to dla mnie jak się pewnie domyślacie trudne zwłaszcza gdy młodszy brat Stasiek był jeszcze niemowlakiem ale gdy widziałam efekty tych „zabiegów” – wiedziałam, że czynię słusznie. Piotrek zaczął angażować się w zabawę, śmiać a nawet rozrabiać jego mowa doszlifowywała się a koledzy naturalnie przyzwyczajali się do jego specyficznych trudności. Nauczyłam się szybko od dzieciaków czym się bawią, co zbierają, czym się interesują a co jest obciachowe . . . Miałam braki bo Piotrek to mój pierwszy syn więc moje doświadczenie w dziedzinie używanych gadżetów pierwszoklasisty było zaskakująco niskie ale gdy dowiedziałam się co to takiego Bakugan i że należy ich mieć jak najwięcej by zdobyć pozycję lidera w klasie – wiedziałam co robić. Już następnego dnia Piotrek niósł do szkoły pół reklamówki tego czegoś by pozyskać sobie szersze grono „wielbicieli”. To działało i pozytywnie nakręcało mojego syna ale to przecież nic odkrywczego, że wśród rówieśników dziecko rozwija się lepiej . . . Przypomniałam sobie, też, że kiedyś czytałam jak ojciec chciał nauczyć syna pływać a kolejne wymuszane lekcje w wodzie nie przynosiły efektów. Syn był oporny na udzielane przez ojca wskazówki i raczej bał się wody. Jego ojcem był znany Profesor psychologii Robert Cialdini autor książek o wywieraniu wpływu na ludzi. Jakież było jego zdziwienie gdy któregoś pięknego dnia zastał w swoim basenie chmarę kolegów oraz  syna beztrosko pluskających się w wodzie. Mało tego jego lękliwy syn z rozpędu wskakiwał do wody jakby pływał od dziesięciu lat. Dlaczego on OJCIEC i GURU psychologicznych metod wpływu społecznego nie dokonał tego czego dokonały dzieci? Odpowiedź jest prosta jak sam później napisał a mianowicie; dziecko uczy się od dziecka. dodam od siebie, że dziecko najszybciej uczy się od dziecka. Dlatego wciąż upieram się by autysta uczył się w normalnej szkole.

Reklamy