beznazwy
kadr z filmu „Bękarty wojny” reż. Quentin Tarantino

U Piotrka w gimnazjum na razie spokój. Nikt go nie zaczepia. Nie dla tego, że klasowi „koledzy”  stali się lepsi, czy  wrażliwsi, zmieniły się tylko ich priorytety na najbliższy tydzień. Po prostu kolesie nie biją, nie przezywają, nie poniżają Piotrka – bo poprawiają oceny. Niestety z autopsji wiem, że po okresie względnej ciszy nadejdą gwałtowne zmiany. Tuż przed końcówką roku szkolnego –  agresja i gnębienie sięgnie zenitu. Wiem, to dobrze i zapobiegawczo – nauczona doświadczeniem z podstawówki – zabieram Piotrka ze szkoły tuż po radzie pedagogicznej. Nauczyciele zwykle nie robią problemów ani nie dociekają przyczyn, bo tak naprawdę nikomu na tym nie zależy – Piotrek też nie narzeka. Organ zapalny zostaje usunięty – więc wszyscy mogą odetchnąć z ulgą i cieszyć się wizją nadchodzących wakacji. Jeśli spytacie a  co z integracją? Odpowiem krótko: –  Dla nas nigdy nie istniała i nie istnieje choćby pedagodzy wyleźli ze skóry. Jeśli ktoś jest inny „to biją na alarm wszystkie dzwony” – Możecie spytać dlaczego uczęszcza do tego gimnazjum? – Ponieważ, to najlepsze gimnazjum w naszym mieście. I ono  jest gwarantem jako takiej przyszłości.

Istota Gnębienia

„Przed tragiczną wiosną 1999 roku temat gnębienia w szkołach właściwie nie istniał. Jedne dzieci gnębiły, inne były gnębione – w końcu życie to nie bajka, więc w czym problem? Poza niewielką grupą lepiej zorientowanych osób – nauczycieli i psychologów dziecięcych – cały świat reagował na dręczenie niektórych młodych ludzi przez rówieśników w jedyny znany sobie sposób, czyli nie zwracać na to uwagi. Aż w końcu stała się rzecz niewyobrażalna.

W Littleton w stanie Kolorado dwójka nastolatków, udręczonych psychicznie wieloletnim dokuczaniem i niedopuszczaniem do wspólnych zabaw, rozpętała prawdziwe piekło, niosąc śmierć innym uczniom i na koniec sobie. Zanim zaspokoili swoją żądzę zemsty i popełnili samobójstwo, zastrzelili piętnaście osób, a wiele ranili. Była to największa masakra szkolna w USA.

Potem, jak gdyby ktoś chciał udowodnić, że to, co się zdarzyło, nie było konsekwencją nadzwyczaj brutalnej kultury jednego kraju – Stanów Zjednoczonych – przez cały świat przetoczyła się fala wybuchów wściekłości ofiar. W spokojnej wiejskiej szkole w kanadyjskim stanie Alberta dręczony chłopiec zaczął strzelać do dwójki oprawców i jednego zabił. Jeszcze przed wydarzeniami w Littleton podobne przypadki przemocy w szkołach zdarzyły się w stanach Kentucky, Arkansas, Missisipi, Kalifornia, Oregon i Pensylwania. Obecnie epidemia ta rozprzestrzeniła się na rozmaite środowiska – widoczna jest w miasteczkach robotniczych, na terenach rolniczych i bogatych przedmieściach. Doświadczają jej niewielkie miasta w Wielkiej Brytanii i ogromne Tokio w Japonii. Świadczy o tym choćby rosnąca liczba internetowych list dzieci mających stać się ofiarami oraz coraz liczniejsze groźby śmierci, próby zamachów bombowych i ostrzeżenia nabazgrane na ścianach toalet.

Z dnia na dzień dobra zasada niereagowania na dziecięce wybryki straciła rację bytu – agresji w śród dzieci nie można już dłużej ignorować. Ci, którzy przez lata bez rozgłosu zajmowali się tym tematem, mieli okazję zauważyć, jak szybko rośnie wpływ przemocy na życie szkolne, a zarazem jak mnożą się próby wyjaśnienia tego zjawiska. Gorączkowo szukano kozła ofiarnego na pierwszy ogień biorąc Hollywood, prawo do posiadania broni i Internet, oraz obwiniano siebie nawzajem, byle tylko uzyskać jakąś odpowiedź. Rozpoczęły się burzliwe dyskusje o trenczach, wykrywaczach metalu, prześwitujących plecakach i szkołach – fortecach. Do planu zajęć wróciła religia (USA), a rodziców zaczęto zachęcać do kar cielesnych.

Tymczasem, gdy większość nawoływała do rozprawienia się ze wszystkimi „maniakami”, „świrusami” i „nieudacznikami”, inni starali się zrozumieć zasady rządzące światem, w którym zostajesz pożarty żywcem, jeśli nie jesteś taki jak inni. Czas pokaże, czy temat gnębienia spowoduje tylko krótkotrwały szum w mediach, po czym zostanie zapomniany, kiedy tylko przebrzmi echo niedawnych tragedii. Jednak gdy podobna sytuacja zaistniała kiedyś w Norwegii, tamtejsze społeczeństwo wzięło się ostro do działania. Niecały rok po tym, jak trójka dręczonych chłopców popełniła samobójstwo, we wszystkich podstawówkach i gimnazjach przeprowadzono kampanię, która obecnie jest wskazywana jako wzorcowa. Specjaliści zajmujący się tematem gnębienia w szkole mają nadzieję, że w Stanach Zjednoczonych stanie się coś podobnego, że na gruncie tej ogromnej tragedii wyrośnie coś dobrego . . .” [Zarzour, 2006] Ja natomiast takiej nadziei nie mam – stoją za tym liczne doświadczenia z mojej młodości jak i z przeżyć Piotrka i Staśka. Polska to nie Norwegia tu nikt nie da sobie rady z przemocą szkolną. I nie łudźmy się, że występuje  tylko w publicznych szkołach. Mojej znajomej syn chory na porażenie mózgowe został dotkliwie pobity w toalecie przez inne niepełnosprawne dzieci – zdarzenie to miało miejsce w szkole specjalnej. Personel nie zagwarantował temu dziecku bezpieczeństwa tak jak nie zagwarantuje bezpieczeństwa innym dzieciom zdrowym, czy chorym bo za każdym super systemem bezpieczeństwa stoi człowiek, który bywa zmęczony leniwy albo właśnie pije kawę. Jak nasze dziecko da sobie radę z przemocą zależy od niego samego i od świadomości, że przemoc w szkole istnieje od zawsze.

„W dodatku rodzice widzą tylko niewielki wycinek tragedii. Większość przechodzi niezauważona i bez odzewu, ponieważ szkolny system wartości skutecznie ucisza małych „donosicieli”. Dzieci będące świadkami przemocy, które wiedzą, że coś jest nie w porządku, nie mają pojęcia, w jaki sposób pomóc ani czy w ogóle powinny się w to mieszać. Z ich punktu widzenia dorośli nie wykazują należytej troski i nie potrafią skutecznie zadziałać. Są zbyt zajęci własnymi, sprawami, by zrozumieć, co się dzieje.” [Zarzour, 2006]

źródło: Kim Zarzour Gnębiciel ze szkolnego boiska, Dom Wydawniczy REBIS, Poznań 2006.

Advertisements