e698694184853bad156bc79b820f5b42

Większość ludzi twierdzi, że dysleksja nie istnieje – są tylko lenie ,debile i głąby. Inni, że problem leży w notorycznym robieniu błędów, które zniknie jeśli zmusi się dziecko do regularnych ćwiczeń albo po prostu przetrzepie się porządnie skórę aż się wreszcie opamięta, i napisze tego wróbla przez „ó”.

Jako dziecko miałam duże trudności z pisaniem, opowiadaniem, matmą i językami. Całe dzieciństwo upłynęło mi na ciągłych korepetycjach i powtórkach do tego pisałam lewą ręką, co było nie do przyjęcia dla mojej wychowawczyni z 1 klasy. Nie znosiła mańkutów, więc kazała założyć  osobny zeszyt i ćwiczyć pisanie prawą ręką do skutku. Oczywiście nigdy nie nauczyłam się pisać prawą ręką.

W komunistycznej podstawówce można było załapać nawet 7-8 pał w jednym dniu. Ja potrafiłam pobić ten rekord. Trudności w czytaniu i pisaniu pokonałam ze strachu, bo prócz dostania kolejnej „motywującej oceny” , można było dostać drewnianą linijką w rękę, wskaźnikiem w głowę, oberwać rzuconym pękiem kluczy – z drewnianym „breloczkiem” w  kształcie i wielkości gruszki.Wyzwiska typu – ty debilu, kretynie, idiotko towarzyszyły przy, każdym oddawaniu klasówek – łatwo się domyślić jaką zajmowało się przez to pozycję wśród rówieśników. – Można było awansować od ścierki do podnóżka.

Mimo tego sprytnie umiałam znaleźć się w tłumie – moja inteligencja łagrowa pozwoliła się na tyle wkupić w otoczenie, że z czasem debil dostawał  piątkę i został doceniony. A dzieci były tak łatwo przewidujące w swej agresji, że szybko nauczyłam się omijać ich złość i wyprzedzać złe zamiary – trzymać z kim trzeba –  poznawać po humorze czy dzisiaj ze mnie czy z np. Jolki będą drzeć łacha. Szkoda tylko, że nauczyciele zabronili mi wybrać liceum na koniec szkoły – pani od historii kazała wpisać zawodówkę. Dobrze, że interweniowała moja mama – ostatecznie pozwolili mi się uczyć w technikum. Panie nauczycielki śmiały się w głos – „wpiszę ci to technikum ale i tak się nie dostaniesz.” – Dostałam się na piątkach – zarówno z matmy, polskiego, biologii i ochrony środowiska. Później matura – na luzie i studia – też na luzie i z dobrymi wynikami.

W artykule pt. „Dyskomfort dyslektyka” – odnalazłam siebie i nie chodzi głównie o błędy w pisowni czy czytanie  ale o tzw. „spowalniający filtr” nałożony na mózg, który nie daje komfortu swobodnego przepływu myśli. Nad wszystkim trzeba się 10x zastanawiać zwłaszcza nad doborem słów i pisowni – niby wiesz a nie masz pewności, więc słownik masz przyrośnięty do ręki choć nie zawsze pomaga. Na egzaminach stosowałam metodę mojego polonisty – „Jeśli nie znasz pisowni jakiegoś wyrazu zamień go na inny – nigdy nie ryzykuj”.

„Wrażenie, że problem dysleksji kiedyś nie istniał, wynika z tego, że powszechność edukacji przyniósł nam dopiero wiek XX. W Polsce lat 30. było 23 % analfabetów, a w 1960 r. już niespełna 3%. Samo zjawisko uczenia się wzięto pod lupę dopiero u schyłku XIX w. I to dosłownie, bo pierwszym, który zauważył, że umysłowo sprawny chłopiec ma kłopot z rozpoznawaniem liter, był okulista. Problem zdiagnozowano jako „ślepotę słowną”. Ten metaforyczny termin zastąpiła z czasem dysleksja rozwojowa. Dziś wiemy, że odpowiadają za nią czynniki genetyczne, ale naukowcy nie są zgodni co do tego, który z genów niesie problem, choć badania trwają od kilku dekad. Nie bez znaczenia mogą być też mikrouszkodzenia centralnego układu nerwowego – odpowiadają za to układy okołoporodowe, również potrząsanie niemowlakiem w celu uspokojenia, gdy ma jeszcze słabo rozwinięty i kruchy mózg. Niestety mikrouszkodzeń nie wykaże neuroobrazowanie (EEG, fMRI, PET). W jednym naukowcy są zgodni: dysleksja jest dziedziczna i to nawet w 80%.

Wyraźne obrazy dysleksji można zaobserwować, gdy dziecko uczy się czytać i pisać, choć symptomy widać wcześniej, np. wtedy, gdy maluch pomija okres raczkowania, zaczyna mówić z opóźnieniem, ma problem z wiązaniem sznurowadeł, jedzeniem widelcem, niszczy zabawki, z trudem zapamiętuje wierszyki. Ale to jeszcze nic pewnego, dlatego fachowcy nie szarżują z diagnozą, mimo że już w przedszkolu oceniają kompetencje rozwojowe dziecka, mówiąc o symptomach ryzyka.

Jeśli jednak siedmiolatek składający sylaby nie potrafi odtworzyć z nich słowa i zaczyna je zmyślać, jeśli do czwartej klasy podstawówki źle czyta – „duka”, nie rozumie tekstu po przeczytaniu, robi masę błędów ortograficznych, a i z matematyką słabo mu idzie mimo starań i sumienności w odrabianiu lekcji, to zalicza się go do grupy dzieci ze specyficznymi problemami w uczeniu się. Jeśli test na inteligencję, zwykle w skali Wechslera, wychodzi w normie, mamy problem jak na dłoni. Fachowcy mówią, że dziecko ma zaburzenia funkcji percepcyjno-motorycznych. Mózg nie przetwarza danych tak, jak powinien przy potencjale, który ma. Jakby ktoś założył mu spowalniający filtr. Dostaje nieuszkodzoną informację, bo dziecko dobrze widzi, słyszy, rozumie, jest sprawne ruchowo, ale nie przetwarza jej tak szybko, jak powinno, i tak dobrze, jakby mogło. A może to zrobić, pod warunkiem, że jest odpowiednio nauczane. Sama dysleksja – kłopot z czytaniem- jest też synonimem pozostałych sióstr- słów zaczynających się na „dys” jak: dysortografia i dysgrafia. Dzieje się tak, ponieważ trzy dysfunkcje występują najczęściej w pakiecie, choć nie muszą.

Dysortografia polega na tym, że dziecko mimo wykutych na pamięć zasad pisowni robi błędy ortograficzne, przestawia sylaby, „zjada” litery. Zaś dysortografia to nieumiejętność starannego odtworzenia pisma, „mazanie jak kura pazurem”. Dysleksji towarzyszy również problem z koncentracją uwagi, dzieci „wyłączają się” i nie nadążają za nauczycielem. Dlatego są w olbrzymim napięciu, strachu, że zostaną wyrwane do odpowiedzi, skompromitują się przed klasą, źle czytając, nie rozumiejąc zadania itp.

Dyslektyk ma problemy nie tylko z polskim, ale i z przedmiotami ścisłymi, choć posiada tzw. potencjał funkcjonowania arytmetycznego. Ze statystyk wynika, że 11% dyslektyków jest wybitnie uzdolnionych matematycznie! Potrafią rozwiązywać zadania, mimo że pomylą znaki większości i mniejszości, 9 z 6 itp. Na wczesnym etapie edukacji nie rozumieją matematycznych poleceń, bo skupieni na technice czytania nie myślą o zadaniu. Jeśli jednak sformułuje się polecenie jednym słowem: oblicz, zrobią.” [1]

„Dyslektykom natura coś odebrała, ale i coś dała. Mają inne talenty, nierzadko artystyczne. Mają też większą wyobraźnię, co nie jest dziwne, bo myślą obrazami. W testach na inteligencję emocjonalną wypadają lepiej niż rówieśnicy. Słynnymi dyslektykami byli m.in. Albert Einstein, Hans Christian Andersen, Pablo Picasso, Agata Christie. W naszym kraju z problemem mierzyli się: Jacek Kuroń i jego syn Maciej, Joanna Szczepkowska, Krzysztof Kolberger. Ich wspólnym mianownikiem jest jeszcze jeden problem – wspominają edukację szkolną jak serię koszmarów.” [2]

Autorka dodaje jeszcze, że następstwami po „przechodzonej dysleksji”  są: niska samoocena, brak motywacji, wiary w siebie, somatyzacje – bóle brzucha, głowy, gorączki, depresje, lęki nerwice.

Pomimo licznych dys nie czuję jakiś strasznych następstw – może nie wiem, że je mam a może nie chcę wiedzieć. Jak mi z tym w życiu? – W przeszłości źle, teraz – „neutralnie” – jakby powiedział Piotrek. Przeszkadza nadmierna wrażliwość i zbyt emocjonalne podejście do różnych spraw. Zwracam zbyt baczną uwagę na  emocje wypisane na twarzach  innych. Potrafię je odróżniać tak, jak zapamiętywać na wiele lat. Kiedyś pomagało mi to wyczuć wroga – przed atakiem. Teraz jest zupełnie nie potrzebne. Ale emocje i nadmierna wrażliwość na krzywdę i niesprawiedliwość –  nadal udzielają mi się, męczą będąc w ciągłej analizie –  z wiekiem trzymam je na dys – tans, bo życie uczy nas, że trzeba szybko dobić potrąconą sarnę a nie stać i płakać nad jej cierpieniem fundując kolejne minuty bólu. Z czasem lepiej panujemy nad naszymi dys – ami. Każdy przecież jakieś ma. A dzięki nim – w ten pokręcony, niezrozumiały dla innych sposób – uzupełniamy się z Piotrkiem – ja pamiętam, każdą twarz i zapisane na niej emocje, co gorsza wypowiedziane słowa. – Piotrek ma gdzieś emocje – wali prosto z mostu, idzie przed siebie i dociera do celu szybciej niż ja, nie waha się, nie robi błędów ortograficznych, nie musi się sprawdzać i bić z myślami. Dobrze liczy i wnioskuje – nie „widzi” niecierpliwości i wznoszenia oczu ku niebu w nieustającej pretensji, że znowu coś poszło nie tak. Nie przejmuje się tym co nie wypowiedziane. Po prostu robi swoje. Nie komplikuje sobie życia.

[1,2] – Joanna Drosio-Czaplińska – „Dyskomfort dyslektyka”, Ja, my, oni – Poradnik Psychologiczny Polityki, Tom 13, „Jak radzić sobie ze szkołą”, Wydanie Specjalne 8/2013, Indeks 381 – 055

Advertisements