aaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaa

Koszmar związany z ciągłym katarem i kaszlem dotyka niemal wszystkich. Niestety najczęściej chorują najmłodsi, choć i starszych ta plaga nie omija. Tak ma być ponieważ, – wtedy najlepiej sprzedają się antybiotyki, a ukryte w nich uzdrawiające moce wierzy większość społeczeństwa

Mało tego tupią nogami w gabinetach, żądając natychmiastowego wypisania recepty, gdy tylko zaczyna boleć ich gardło. Nikt nie zastanawia się nad tym co bierze i po co bierze. Najważniejsze, żeby coś koniecznie wziąć. Jak gdyby zmasowany atak drobnoustrojów wywoływał za każdym razem śmierć. Większość zapomina, że te małe żyjątka były na świecie wcześniej niż my, a ich ilość to liczba, której nie jesteśmy w stanie nawet sobie wyobrazić. Ogromna część z nich nie została jeszcze nazwana i sklasyfikowana, dlatego na znaczną ilość infekcji, nie istnieją żadne leki, ani terapie. A lwia część rzekomo istniejących w praktyce –  nie działa, choć są uznawane za specyfiki „lecznicze”. Ale to żadna nowość. Zatarty jest również fakt, że mamy coś takiego jak układ odpornościowy. Większość przeziębień po prostu „leczy się sama”.

David H. Newman

Pewien lekarz o David H. Newman postanowił się zbuntować. Napisał książkę o niezliczonej ilości absurdów związanych z szeroko rozumianą praktyką lekarską. O badaniach, w które ludzie wierzą na wyrost. O reanimacji – kiedy naprawdę jest skuteczna, o działaniu środków przeciwbólowych, o efekcie placebo, nieskuteczności badania USG i statystykach – o których mój profesor mawiał: „Jest kłamstwo, większe kłamstwo i statystyka”. Ale moją uwagę przykuły rozdziały o antybiotykach. Newman jest dla mnie szczególnie interesujący, bo jest praktykiem przez duże P a nie marnym lekarzyną z jakimi na co dzień spotykamy się w przychodniach. Chodzi mi szczególnie o tych, na stałe zamkniętych w gabinetach. Dla nich czas się zatrzymał i kurz pokrył ich stare podręczniki do medycyny. Cóż, mają stałą ciepłą posadkę do końca życia. My w swojej głupocie im to zagwarantowaliśmy. A przedstawiciele farmaceutyczni gwarantują im coroczne wakacje w zagranicznych kurortach – wystarczy, że będą przepisywać syrop z jedyną słuszną nazwą prócz tego nie muszą robić już nic.

Dawid Newman urodził się w 1970 roku w Nowym Jorku. Studiował filozofię na uniwersytecie stanowym Binghamton, a medycynę ukończył w Albany Medical College. W 2005 roku jako major rezerwy został wysłany do Iraku, gdzie pracował w szpitalu Polowym nr 344. Za swoje zasługi otrzymał medal wojskowy. Publikuje regularnie w czasopismach medycznych. Obecnie kieruje programem badań klinicznych, uczy na  Uniwersytecie Columbia oraz pracuje w sekcji Ratownictwa Medycznego w szpitalu St. Lue’s-Roosvelt w Nowym Jorku. Ostatnie dane mogły się zmienić.

Dawid Newman twierdzi, że antybiotyki i syropy na kaszel nie działają

„Choroba znana w kręgach medycznych jako infekcja górnych dróg oddechowych, czyli po prostu przeziębienie i towarzyszące mu często inne dolegliwości , takie jak choćby zapalenie ucha, to najczęstszy powód wizyt u lekarza w Stanach Zjednoczonych. A jaki lek poleca stosować na tę przypadłość współczesna wiedza medyczna? Jak powszechnie wiadomo – współczucie, a prócz niego wszelkiego rodzaju środki działające objawowo. To wszystko, co mamy do zaoferowania, bo na pewno nie mamy żadnej terapii. Infekcje górnych dróg oddechowych powoduje spora grupa różnorodnych wirusów, ale nie znamy leku, który mógłby im skutecznie przeciwdziałać. Skoro jednak wiemy, że infekcje górnych dróg oddechowych wywołują wirusy, dlaczego w połowie przypadków tego typu infekcji pacjentom w Ameryce przepisuje się antybiotyki, choć nie działają one na wirusy?

Pojawienie się w dwudziestym wieku antybiotyków, czyli środków zabijających bakterie lub hamujących ich rozwój, wywołało prawdziwą rewolucję w medycynie. Laicy, coś na ten temat wiedzą. Wielu pacjentów przyzwyczajonych do tego, że podaje im się antybiotyki nawet w razie łagodnych chorób, przychodzą do lekarza w przeświadczeniu, że „potrzebują antybiotyku”. Z reguły laicy rzadko umieją odróżnić infekcję bakteryjną od wirusowej, a jeszcze rzadziej wiedzą, że antybiotyki nie leczą infekcji wirusowych. W przeciwieństwie do lekarzy. Tym dziwniejsze więc, że w przypadku infekcji gardła – które w ponad 95% przypadków mają charakter wirusowy – zarówno pacjenci, jak i lekarze sądzą, że ból gardła wywołuje bakteria, której łacińska nazwa brzmi Streptococcus pyogenes. W rezultacie ponad 70% dorosłych z bólem gardła wychodzi z gabinetu lekarza z receptą na antybiotyk.

Podobna prawidłowość dotyczy zapalenia oskrzeli, infekcji górnej części układu oddechowego. Wiele badań i analiz polegających na porównaniu antybiotyków z placebo w przypadkach ostrego zapalenia oskrzeli wykazało, że antybiotyki podaje się niepotrzebnie, bo nie przynoszą zdecydowanej poprawy stanu pacjenta. Co więcej, antybiotyki oddziałują wręcz niekorzystnie, wywołują bowiem wiele efektów ubocznych, takich jak biegunka, reakcje alergiczne, wysypki, drożdżyce, a rzadziej śmiertelne lub śmiertelnie niebezpieczne reakcje alergiczne, problemy z wątrobą i silne reakcje skórne. Rutynowe przepisywanie ich spowodowało, że bakterie uodparniają się na antybiotyki, które tracą w konsekwencji swoje lecznicze właściwości. Oznacza to, że w ostatecznym rachunku antybiotyki okazują się szkodliwe zarówno doraźnie, jak i długofalowo (kiedy potwierdzone ryzyko jest duże, a korzyści prawie żadne, proporcję ryzyka do zysków łatwo wyliczyć – antybiotyki najzwyczajniej w świecie szkodzą). A jednak większości pacjentów z zapaleniem oskrzeli podaje się antybiotyki.

Można się dziwić, że antybiotyki nie leczą zapalenia oskrzeli, infekcji gardła czy przeziębienia. Od dziesięcioleci niezmiennie przepisuje się je przecież jako lek na choroby niebakteryjne, dlatego Amerykanie uwierzyli, że również w przypadku tych chorób antybiotyki to pożądany czy wręcz konieczny środek zaradczy. Pacjenci przychodzą do lekarza zazwyczaj między trzecim a siódmym dniem od pojawienia się symptomów, a każda choroba wirusowa trwa przeciętnie od siedmiu do dziesięciu dni. Zatem najczęściej ustępuje ona niezależnie od tego, czy zażywa się antybiotyki, czy nie. Wiarę pacjentów w siłę antybiotyków wzmacnia to, że czują się lepiej już w kilka dni a nawet godzin po tym, jak wzięli lekarstwo, choć bynajmniej nie to stanowi przyczynę poprawy ich stanu”(D. H. Newman, 2010).

Lekarze pracują pod presją – 72% wizyt kończy się przepisaniem antybiotyku

„Lekarze pracują pod ogromną presją czasu, mają kilka minut na spotkanie z pacjentem. W tym czasie mogą co najwyżej obejrzeć tylną ścianę gardła, przepisanie zaś antybiotyków wydaje się terapią korzystną dla obu stron. Lekarz ma problem z głowy, a pacjent jest zadowolony, bo czuje, że poddaje się go odpowiedniej kuracji.

Reakcje alergiczne

Takie podejście niesie jednak ze sobą poważne ryzyko. Jeśli wedle przyjętych danych szacunkowych w 95% – a w przypadku bólu gardła antybiotyki podaje się bez potrzeby, to łatwo wyliczyć, ilu reakcji alergicznych bez trudu można było uniknąć. Wedle danych z 2002 roku, do ośrodków zdrowia i ambulatoriów zgłosiło się około 13,5 miliona osób z bólem gardła. Wiadomo, że 72% tych wizyt kończy się przepisaniem antybiotyku. Obliczono również, że zagrażające życiu reakcje alergiczne na amoksycylinę, powszechnie stosowany i niedrogi antybiotyk, występują raz na 410 przypadków jej podania. Jeśli hipotetycznie założymy, że wszystkie recepty wystawiono na amoksycylinę (a ten antybiotyk uznaje się za względnie bezpieczny), to można się spodziewać około 24 000 zagrażających życiu reakcji alergicznych spowodowanych niepotrzebnym u życiem antybiotyków. Podawanie antybiotyków w przypadku infekcji wirusowej to w gruncie rzeczy prowadzona na ogromną skalę gra w rosyjską ruletkę. Przegrywają ją tysiące osób.

Lekarze rutynowo uciekają się do działań, które nie przynoszą pozytywnych skutków

Lekarze rutynowo uciekają się do działań, które nie przynoszą żadnych pozytywnych skutków, a sami pacjenci nieświadomie przyczynili się do pojawienia tej tendencji i sami ją podtrzymują. Ale w sprawę zaangażowana jest także trzecia grupa, która najsilniej wspiera kampanię na rzecz bezowocnych i niebezpiecznych terapii. Spośród wszystkich trzech ta ma najwyraźniej określony cel – chodzi oczywiście o firmy farmaceutyczne” (D. H. Newman, 2010).

„Oblicza się, że rocznie na 30,5 miliona wizyt u lekarza spowodowanych bólem gardła 72% kończy się wypisaniem recepty na antybiotyki. To około 9,7 milionów recept na antybiotyki, najczęściej takie jak azytromycyna albo amoksycylina, albo amoksycylina/kwas klawulanowy. Tygodniowa dawka amoksycyliny, najtańszego z trzech wymienionych antybiotyków, kosztuje około 8 dolarów, co daje potencjalnie 78 milionów dolarów rocznie ze sprzedaży wyłącznie chorym na ból gardła. Najdroższy antybiotyk to amoksycylina/kwas klawulanowy. Za zrealizowanie jednej recepty trzeba zapłacić prawie 100 dolarów, zatem 9,7 milionów recept daje w sumie miliard dolarów rocznie.

Jeden z bardziej perfidnych sposobów działania polega na kierowaniu reklam do małych dzieci

Nic dziwnego, że skoro gra toczy się o tak wysoką stawkę, towarzyszą jej prowadzone niezmordowanie i podstępnie kampanie reklamowe. Jeden z bardziej perfidnych sposobów działania polega na kierowaniu reklam do małych dzieci.

Zebra o imieniu Max, postać wymyślona przez koncern Pfizer, miała pomóc sprzedawać azytromycynę (nazwa handlowa Zithromax). W 1999 i 2000 roku przedstawiciele firmy Pfizer wręczali Maxa, małą plastikową zebrę, tysiącom pediatrów, próbując zachęcić lekarzy, by za pomocą tej zabawki uspokajali albo rozbawiali dzieci” . . . (D. H. Newman, 2010).

„Max i powiązane z nim działania promocyjne prowadzone były bezpośrednio po bardzo niekorzystnej dla firm farmaceutycznych deklaracji Agencji Badania Jakości Opieki Zdrowotnej (Agency for Healthcare Research and Qality, AHRQ), działającej pod auspicjami Narodowego Instytutu Zdrowia. Okazało się bowiem, że w wypadku wielu rodzajów infekcji, w tym infekcji ucha, spora część, droższych antybiotyków wcale nie działa skuteczniej niż starsze, tańsze. Choć kilka poczytnych gazet zauważyło , że kampania Pfizera zbiegła się w czasie z raportem AHRQ i że dość perfidnie skierowano ją wprost do dzieci, to prawie wszyscy przeoczyli jeden istotny fakt: przeważająca większość infekcji ucha przechodzi samoczynnie, bez podawania antybiotyków.

Kiedy nieskuteczna terapia staje się powszechnie i bez wyjątku stosowana, oznacza to, że istotną rolę odegrali lekarze, pacjenci i producencji leków. Ten trójaspektowy problem narodził się, zanim jeszcze na rynek wprowadzono antybiotyki i zaczęto praktykować wypisywanie recept. Podobną historię do tej o przeziębieniach i antybiotykach można opowiedzieć, biorąc jako przykład dowolnie wybraną dolegliwość i stosowany na nią „środek zaradczy”.

Kaszel

Weźmy np. kaszel. Kaszel towarzyszy zapaleniu oskrzeli, infekcjom górnych dróg oddechowych, chorobom płuc, alergiom, spływaniu wydzieliny po tylnej stronie gardła, zapaleniu zatok przynosowych, pojawia się jako efekt uboczny powszechnie stosowanych leków na obniżenie ciśnienia i wielu innych chorób. Lista dolegliwości i chorób, którym towarzyszy kaszel, ciągnie się w nieskończoność.

Dzisiaj na receptę i w wolnej sprzedaży można kupić mnóstwo lekarstw na kaszel, które stosują przeważnie chorzy na zapalenie oskrzeli i przeziębienie. To przede wszystkim cukierki, syropy, pastylki do ssania, środki do pędzlowania, proszki, pigułki i wiele innych cudownych środków. Które działają najlepiej? Obojętne, co się wybierze, bo jak wskazują najnowsze badania, żaden z tych środków nie leczy infekcji w stopniu większym niż placebo i żaden nigdy nie leczył.*

*Dwa prowadzone na dużą skalę badania porównywały działanie placebo i sprzedawanych bez recepty lekarstw na kaszel: jedno skupiało się na lekarstwach dla dzieci, drugie dla dorosłych. Żadne nie wskazało lekarstwa, które działałoby niezawodnie. Najpowszechniej przepisywane na receptę leki na kaszel, w tym kodeina, również nie działają. Dodatkowo w 2006 roku Amerykańskie Stowarzyszenie Pulmonologów opublikowało wskazówki odradzające użycie sprzedawanych bez recepty syropów na kaszel, bo nie tylko nie działają, ale mogą wręcz szkodzić. Nic dziwnego, że stowarzyszenie Konsumentów Leków, grupa handlowa zrzeszająca producentów leków wydawanych bez recepty, skrytykowała te wskazówki, podobnie jak producenci Robitussinu, jednego z najlepiej się sprzedających syropów na kaszel bez recepty.

Kaszel to po prostu kolejna dolegliwość, na którą nie mamy lekarstwa ani skutecznej terapii.

Nie oznacza to jednak, że lekarze nie przepisują leków na kaszel. Triumwirat: pacjent – etablishment medyczny – korporacje, działa we wzajemnym porozumieniu. Kiedy każda ze stron wykona swoje zadanie w odpowiednim czasie, określona terapia ma szansę upowszechnić się jako standardowa, a w rezultacie to właśnie jej będą oczekiwać pacjenci. Hasło na stronie internetowej firmy farmaceutycznej Wyeth Consumer Healthcare brzmi: „Robitussin. Polecany przez lekarzy, podczas gdy inna strona z dumą donosi, że ten produkt został „opracowany specjalnie z dodatkiem skutecznego środka powstrzymującego kaszel”. Tych haseł nie opatrzono żadnymi przypisami, ale mimo że drugie wydaje się dość podejrzane, pierwsze ma w dużej mierze pokrycie w rzeczywistości. Lekarze często zalecają stosowanie sprzedawanych bez recepty lekarstw na kaszel, choć jak dowodzą badania są one nieskuteczne. A kiedy pacjenci wracają, bo lekarstwo nie przynosi efektów, wielu lekarzy wypisuje recepty na leki przeciwkaszlowe, które  – jak udowodniono – również nie działają (D. H. Newman, 2010).

źródło: David H. Newman „Cień Hipokratesa”, Znak, Kraków 2010

Reklamy